Niusy ;)

TRANSLATE THIS BLOG!


sobota, 13 czerwca 2009

Dni Morza nad rzeką? Tylko w Szczecinie

Dni Morza.
Pan prezydent zbytnio się nie popisał. Może to przez wszechogarniający kryzys? Chociaż w sumie... jaki kryzys? W Polsce jest super! Kryzysu nie ma, firmy nie upadają! Bezrobocie? A co to?

Zagłębiłam się dzisiaj w rozległe korytarze mojej pamięci. Od dawien dawna, albo jeszcze i dawniej niż dawno zaszczycam swoją osobą imprezę, zwaną hucznie Dniami Morza. Z przerażeniem stwierdzam, że z roku na rok stąpam po coraz cieńszym gruncie. Co to oznacza? Że Dni Morza niedługo utoną na samym dnie.
Czego ja więcej oczekiwałam? Przecież statki były! Piękne, a i owszem, ale...
Ale nie było już tej atmosfery, jaka panowała dawniej. Pirata napotkałam tylko jednego i nawet nie machał hakiem... Mało tego! Machał kuflem piwa (góra - gul gul - dół - góra - gul gul - dół).
Nikt się nie przepychał, nikt mnie nie podeptał. Doda nie przekazała znaku pokoju, nikt nie podniósł mnie na duchu, jak zwykła to robić Mandaryna ('Jesteście zajebiści!'). Nie sturlałam się z też z Wałów.
Ludzie zrobili się jacyś smutni... Nikt nie tańczy, nikt nie śpiewa... Jeden gostek próbował się nawet powiesić, co możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć. Za dużo! Stanowczo za dużo wody w tym piwie!
Ok, wyżaliłam się. Teraz czas na zdjęcia.








piątek, 29 maja 2009

Dwójmiasto czyli Gdańsk i Sopot

Relacja z cyklu 'Bigos poznaje świat, Skalniak Ericsson rejestruje'.
Wycieczka do Dwójmiasta miała miejsce w lipcu 2008. Gdańsk miastem pięknym jest, tego nie da się zaprzeczyć. Najwięcej emocji oprócz statków, których w Szczecinie też mamy pod dostatkiem, pomników dziada z oszczepem i pięknych kamienic dostarczyła jednak dziewczyna, która z nieznanych mi bliżej powodów próbowała zabić się rzucając z okna wieżowca. Ale jak to się skończyło - nie wiem. Wiem za to, że lody na rynku w Gdańsku są okrutnie drogie. Jak można tak zdzierać z biednego Bigosa?! Mimo wszystko jak na wytrawnego degustatora przystało, spróbowałam prawie wszystkich smaków, co odczułam boleśnie w portfelu.
Sopot natomiast niezwykle mnie rozczarował. Nawet nie zdążyłam poczuć, że jestem na molo, a już doszłam do końca. Powinno być przynajmniej do połowy Bałtyku! Poza tym ktoś chyba zapomniał wymienić mewom baterie, bo latały w miejscu - latały to za dużo powiedziane. Unosiły się nad ziemią i nie przesuwając się w żadnym kierunku machały skrzydłami. Zresztą, cała esencja tych miast zawarta jest na zdjęciach ;)













środa, 27 maja 2009

Klęski, tragedie i katastrofy...

czyli z igły widły i wigły z idły.
Od kilku dni trwam w oczekiwaniu na nadchodzącą, siejącą śmierć i spustoszenie burzę. W telewizji, radiu i internecie "reklamowana" jest co najmniej jako burza stulecia. Porwana wiatrem wszechogarniającej paniki zabiłam okna deskami, spisałam testament i czekam na koniec końców. Tymczasem nic nie nadchodzi. Kwiaty kwitną, wiaterek powiewa nadzwyczaj delikatnie, deszcz kapie jakby chciał, a nie mógł. Burzy ni widu, ni słychu.
I tu nasuwają się jakże istotne pytania. Po cholerę straszyć i psuć ludziom nerwy wyolbrzymionymi informacjami? Po kiego diabła siać zamęt? Tylko po to, żeby móc coś napisać, powiedzieć? Zapełnić czymś lukę w wiadomościach i biznes dalej się kręcił?
Zastanawiam się, czy teraz wszystkie hotele socjalne zaczną magicznie płonąć? Czy kaszlące świnie zawładną światem? Ludzie, takie rzeczy się zdarzają i to nie tylko w Erze.